Marta Mozol
Archiwum:

2009
grudzien
czerwiec
maj
luty



felieton

powrót

Ja a Ja

Moja liceum to był trochę inny świat. Mówiono o nim, że ma „system amerykański” chociaż wymyślony był w Polsce i żaden Amerykanin nie miał z tym nic wspólnego. Dużo by opowiadać o systemie i całej szkole. W każdym razie zamiast normalnych przedmiotów mieliśmy kursy i tak np. język polski był podzielony na 8 kursów podstawowych i kilka rozszerzonych. Przedostatni podstawowy – moim zdaniem najciekawszy, najważniejszy, najlepiej przez mnie zapamiętany odbywał się pod hasłem „ja a ja”.

Z ciekawości (sentymentu?) zerknęłam dziś jeszcze raz w program tego kursu. Są tu „Treny”, „Liryki lozańskie”, „Testament Mój”.

Przypominam sobie, jak mocno przeżywałam tamte zajęcia. Zderzenie moich wyobrażeń i emocji z tymi, o których pisali inny ludzie. Zwykle żyjący w zupełnie innych czasach, środowisku. Mający doświadczenia, których ja nie miałam, a mimo to przedstawiający je tak sugestywnie, że pobudzały mnie nawet do jakiejś formy współodczuwania. Te teksty, atmosfera zajęć, młodzieńczy i dość „emocjonalny” wiek – to wszystko pozwalało mi odkryć w sobie cała masę nieznanych uczuć. I nie tylko je zauważyć, ale także przemyśleć, nazwać i poukładać w głowie na odpowiednie pułki. To ostatnie było najcenniejsze, bo przecież uporządkowanie emocji jest pewną miarą dojrzałości. Można wiec powiedzieć, że przez trzy miesiące codziennego zaglądania w siebie na polskim, bardzo dojrzałam.

Pewnie się zastanawiacie po co Wam o tym wszystkim piszę. Powody są dwa. Po pierwsze chcę zachęcić wszystkich, aby posłali swoje przyszłe latorośle do tego właśnie liceum (info na maila;)). Po drugie bardzo mi się to wspomnienie kojarzy z moimi studiami.

Bo przecież każde zetknięcie z pacjentem to takie mini „ja a ja”. Na szpitalnej sali spotykamy się ze zlepkiem ludzkich przemyśleń, refleksji i emocji. Dużo bardziej jaskrawych niż te podane nam w formie poetyckiej, czy prozy. Ale też mniej „czarno na białym”, subtelniej, inaczej, dogłębnie, prawdziwiej.

I to jest dla mnie najbardziej fascynująca rzecz w byciu lekarzem, ale i najbardziej trudna. Przyjście do drugiego człowieka, wsłuchanie się w niego, zrozumienie jego strachu, bólu, cierpienia, nadziei, o których przecież wcale nie musi mówić, chociaż przecież są.

I poradzenie sobie z tymi emocjami. Przepracowanie ich w sobie, zrozumienie, zachowanie się

odpowiednio do nich, czyli tak jak pacjent od nas by tego oczekiwał. To znacznie trudniejsze, niż tylko przyjęcie ich do wiadomości, ma jednak często ogromną rolę terapeutyczną.

Nie łatwo jest stawić czoła cudzemu cierpieniu, odchodzeniu, smutkowi. Są one negatywne, trudne, ciężkie. Jako że nikt nie lubi czuć się źle, staramy się od takich uczuć uciekać. Zarówno kiedy sami je przeżywamy, jak i kiedy dotyczą naszego pacjenta. Nie jest to dobre wyjście, bo uwolnienie ich może przynieść wielką korzyść. Jednak zbytnie skupienie na nich jest bardzo negatywne. Jak więc wypośrodkować?

Na to trudne pytanie zaczynam układać sobie w głowie odpowiedź. Nie wiem czy jest prawidłowa.

Myślę, że aby być dobrym lekarzem, trzeba poradzić sobie z własnymi emocjami. Przepracować je i przemyśleć. Aby je rozumieć, nie bać się ich i przywiązywać do niech akurat taką wagę, na jaką zasługują.

Ponieważ nie jesteśmy w stanie doświadczyć wszystkich ich odcieni, potrzeba nam dużo empatii i wyobraźni. Pomaga też literatura, poezja, do której czytania serdecznie zachęcam (w końcu jesteśmy na najbardziej humanistycznym z kierunków).

Także bliskie relacje z innymi ludźmi oraz wszystkie te rzeczy, z których tak często rezygnujemy, bo „musimy się uczyć” paradoksalnie czynią nas potencjalnie lepszymi lekarzami.

Droga do poznania, zrozumienia i zaakceptowania własnych emocji musi być jednak świadoma. I właśnie teraz, jeszcze na studiach, warto się w tę drogę wybrać. Dla mnie zaczęła się ona na zajęciach z deontologii. Tam właśnie zrozumiałam co może czuć osoba cierpiąca i umierająca. Mimo że niechętnie zastanawiałam się nad problemem śmierci, cierpienia, odchodzenia; zajęcia przyniosły mi pewną ulgę. Bo teraz znacznie łatwiej mi zachować się wobec pacjenta. Rozumiem go i łatwiej mi wyobrazić sobie czego ode mnie oczekuje.

Cykl zajęć kończył się obowiązkowym pisaniem eseju. Każdy poruszał trochę inny temat.

Bardzo żałuję, że nie miałam okazji żadnej z tych prac przeczytać.

Tak wiele możemy się od siebie nauczyć!