Marta Mozol
Archiwum:

2009
grudzien
czerwiec
maj
luty



felieton

powrót

Ten drugi tekst o świętach

<!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } -->

„Jeśli jest ktoś, komu możesz pomóc, to znaczy, że jesteś jeszcze coś wart”

 

Oddanie organów do przeszczepu to rzecz, co do której nigdy nie byłam specjalnie przekonana. W ogóle śmierć i cięcie po niej ciała nie są dla mnie niczym przyjemnym. Pewnie dla mało kogo są, ale przecież zdarzają się i tacy...
Ale dziś zobaczyłam coś, co jednoznacznie zmieniło moją opinię!
W żargonie medycznym nazywa się NYHA 4...

Pan doktor przed wejściem na odział powiedział nam bardzo cicho, że chciałby, abyśmy spojrzeli ukradkiem w międzyczasie badania na pacjenta który leży pod ścianą. Ma on niewydolność serca 4 stopnia czyli najgorszą (duszność pojawia sie u niego nawet w spoczynku). Nie będziemy z nim rozmawiać, bo po co go męczyć...

Spodziewałam się "tego co zwykle" czyli mężczyzny po 80 a nawet 90. Zobaczyłam pana ok. 40 lat, modnie obcięte włosy, modna koszulka, dobry telefon komórkowy i całe to życie wokół.
Pot lepił się do niego i połyskiwał na żółtej cerze. Bardzo "wzięty" i przestraszony łapał oddech, tak, że nie miałam - że nikt nie miał wątpliwości. To była walka o życie. Ciężka i żmudna. Długa i męcząca. "Wąsy" z tlenem wyglądały jak smutny tej walki atrybut.

Jak można mu pomóc? Posadzić wygodnie - łatwiej złapie oddech. Dać morfinę - w myśl zasady że nie wiadomo co gorsze, ból czy duszność. Nazwać morfinę "emefką", żeby sie nie przestraszył. Opowiedzieć o przeszczepie serca. Może złapie się tej myśli, jak niektórzy. Uczepi jak Świętego Graala, jak religii. Na pięciuset jeden dostanie swój skarb. Wedle prostego rachunku 499 nie.

Dlatego moje serce może się przydać bardziej niż tylko jako kompost, który użyźni glebę cmentarza.

Miał tu być zupełnie inny tekst. Banalna opowieść o śniegu i skrzących się w nich promieniach światła. O tym jakie święta mają, a jakie powinny mieć znaczenie.

Pomyślałam jednak sobie, że być może oświadczenie o oddaniu organów w moim portfelu będzie najlepszym prezentem jaki uda mi sie kiedykolwiek podarować. I że dużo więcej na temat prezentów nie powiem, bo bym się tylko powtarzała i kręciła w kółko.

I może jako „dziennikarka” nie powinnam się do tego przyznawać, ale brakuje mi słów, którymi mogłabym opisać, jak bardzo to wszytko mnie zmieniło, jak stało sie dla mnie ważne – ta jedna chwila na kardiologii.

To jedna z rzeczy, które tak bardzo cenię w moim przyszłym zawodzie. To, że może boleśnie, ale życiowo i całkiem na serio uświadamia, co jest naprawdę ważne w całym

blichtrze życia i „świątecznej atmosfery”. Że jesteśmy tylko ludźmi, ułomnymi i kruchymi. Że w święta może warto raczej po prostu świętować, niż zmywać gary i serwować rodzince wciąż nowe posiłki. Cieszyć się czasem który jest nam dany, nie zważając na drobiazgi, jak naczynia, które przecież nie uciekną ze zlewu do jutra.

Można całe życie spędzić na drobiazgach, ale wystarczy wyjść do ludzi, zobaczyć z czym niektórzy muszą się zmagać, żeby zrozumieć, że nie warto.

Na święta życzę sobie i Wam wszystkim aby były prawdziwe, dobre, leniwe i ciepłe.